Audiowizualni.pl

Serwis informacyjny polskich producentów filmów fabularnych, dokumentalnych, animowanych i programów telewizyjnych

Jesteś tutaj: Home Aktualności Wywiady Wywiady od A do Z Maciej Pieprzyca - wywiad o filmie "Chce się żyć"

Wywiady od A do Z

Maciej Pieprzyca - wywiad o filmie "Chce się żyć"

WywiadyTrudno mi było znaleźć producenta, bo nikt nie był zainteresowany „filmem o kalece” - mówi Maciej Pieprzyca. Reżyser obrazu „Chce się żyć” opowiada o żmudnym etapie poszukiwania producenta, warunkach postprodukcji w polskim kinie i potrzebie script doctoringu.

 

 

Oprócz Srebrnych Lwów w Gdyni pana film otrzymał aż trzy nagrody na jednym z najważniejszych festiwali filmowych na świecie, w Montrealu – Grand Prix, Nagrodę Jury Ekumenicznego i Nagrodę Publiczności. Oczywiste jest więc, że także jego poziom techniczny, poziom produkcji, nie odbiegał od innych obrazów konkursowych...
Film „Chce się żyć” miał bardzo niski budżet, nawet jak na Polskę. Realizowany w ubiegłym roku, realnie nie kosztował nawet trzech milionów a powinien - cztery. To powszechna sytuacja, że w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej pieniędzy jest mniej niż pozytywnie ocenionych w sesji projektów. Dlatego sfinansowanie niektórych z nich zostaje często przesunięte o kolejne trzy miesiące, pół roku. Czasem przez te przesunięcia projekt w ogóle nie dochodzi do realizacji. Nie chciałem czekać, jak przy moich poprzednich filmach. Zdecydowaliśmy się z producentem na składanie projektu jako tzw. drugi film. Wtedy maksymalna kwota, na jaką można liczyć to dwa miliony złotych. Gdybyśmy aplikowali o więcej pieniędzy, obawiam się, że projekt dłużej czekałby na realizację. Ta strategia okazała się słuszna – dostaliśmy mniejsze pieniądze, ale film nie czekał.

Nakręcił pan znakomity film, ale to „Wałęsa. Człowiek z nadziei” został oficjalnym polskim kandydatem do Oscara. Dlaczego?
Nie dziwi mnie to. Film Andrzeja Wajdy ma sporo niepodważalnych atutów. Osoba sławnego reżysera, który dostał przecież Oscara za całokształt twórczości. Ale także scenarzysty Janusza Głowackiego, operatora Pawła Edelmana, twórców znanych na amerykańskim rynku. No i postać Lecha Wałęsy – u nas kontrowersyjna, za oceanem kultowa. A nazwiska niewielu Polaków coś mówią ludziom mieszkającym za granicą, zwłaszcza jeśli chodzi o sztukę. Już Czesi w większym stopniu mają się czym pochwalić, choć jesteśmy o wiele liczniejszym narodem od nich. „Chce się żyć” ma jeszcze szansę powalczyć o kandydaturę do Oscara w przyszłym roku. Na razie mamy sporo zaproszeń na kolejne międzynarodowe festiwale. Filmem interesują się też amerykańscy i kanadyjscy dystrybutorzy.

Czy pisząc scenariusz „Chce się żyć” bardziej inspirował się pan artykułem w „Super Expressie”, czy opartym na nim dokumentem „Jak motyl” Ewy Pięty z 2004 roku?
Poznałem ten temat w toku rozmów z Ewą, z którą się przyjaźniłem. Ewa przeczytała artykuł, poznała jego bohatera, Przemka i zrobiła o nim film. Dwa lata po jego premierze zmarła na raka. Już po jej śmierci powróciłem do jej filmu raz jeszcze. Temat nie każdego dokumentu nadaje się na pełnometrażową fabułę. W dodatku przed „Chce się żyć” nie powstał żaden film z niepełnosprawnym głównym bohaterem. Kiedy już ze scenariuszem szukałem producenta, początkowo słyszałem: „kaleka w roli głównej, kto to będzie chciał oglądać?” To negatywne nastawienie nie odzwierciedlało ich niechęci do osób niepełnosprawnych, było raczej podyktowane efektem biznesowej kalkulacji. Od jednego z producentów usłyszałem, że Polacy są narodem nietolerancyjnym, nie będą chcieli oglądać filmu o kalece. Kiedy w końcu znalazłem producenta, który zaczął starać się pozyskać pieniądze od firm, wchodzących czasem w produkcje filmowe też nikt nie był zainteresowany „filmem o kalece”.. Znajomi mi wręcz współczuli, że „władowałem” się w taki trudny i mało chwytliwy temat.

Ale wspaniały dokument Jacka Bławuta „Nienormalni” z 1990 roku jednak cieszył się popularnością. Już nie wspominając o tym, że zdobył nagrodę w San Sebastian...
To jednak inny film – nie tylko gatunkowo. Ma bohatera zbiorowego. Podobieństwa upatruję w tym samym, ciepłym poczuciu humoru. Wiedziałem, że jeśli mój film będzie zbyt smutny, rzeczywiście nikt nie będzie chciał go oglądać. Taka byłaby wersja bez narracji z offu, ale ja od początku zakładałem, że jej użyję i w ten sposób rozładuję nadmierną powagę. Pomimo obiekcji niektórych, że off to element zbyt literacki. W procesie postprodukcji miałem sporo czasu, by go doszlifować.

Zazwyczaj w polskim kinie nie trwa ona długo...
To prawda. Odbija się to na jakości filmu. Krótki proces postprodukcji to często rezultat polityki producentów. Często chcąc dostać ostatnią ratę z PISF czy Telewizji Polskiej i rozliczyć film, wywierają presję na reżysera, żeby szybko kończył montaż i udźwiękowienie. A przy pracy nad tymi etapami nie jest wskazany nadmierny pośpiech.

Lepiej współpracować z dużym, czy małym studiem produkcyjnym?
Dużemu producentowi rzadko zależy na jakości filmu. Raczej na tym, żeby go szybko zrobić i rozliczyć. Nie ma indywidualnego podejścia do reżysera i jego projektu, bo praca w dużej firmie przypomina fabrykę. Firma ma wiele projektów, w tym seriali i na nich głównie zarabia. Z kolei małe studio ma mniejszą płynność finansową, co często powoduje problemy, ale jego producentom bardziej zależy na jakości filmu. Dzięki filmowi, który odniesie sukces mogą zostać zauważeni i zbudować swoją pozycję.

Czy widzowie będą długo czekać na pana kolejny obraz?
Mam nadzieję, że nie. Zaznaczam, że nie próżnowałem między „Drzazgami” z 2008 roku a „Chce się żyć”. W tym czasie dwa moje projekty nie doszły do skutku. Chciałbym ruszyć z następnym filmem już w przyszłym roku.

Po sukcesie „Chce się żyć” powinno być panu łatwiej zebrać pieniądze...
To rzadko się zdarza, by polski film wygrywał festiwal klasy A, jak ten w Montrealu. Ostatnim takim sukcesem była osiem lat temu nagroda Grand Prix dla „Mojego Nikifora” w Karlowych Warach. Mam więc nadzieję, że na mój następny film uda mi się zebrać więcej pieniędzy i nie będzie on niskobudżetowy. Nie planuję też dużego budżetu, bo nie interesuje mnie robienie kina z wielkim rozmachem, wolę produkcje kameralne. Ale na pewno chciałbym mieć więcej dni zdjęciowych i lepszą „technikę” na planie. Dziś w Polsce filmy robi się przeciętnie w około dwadzieścia pięć dni zdjęciowych, co musi się niekorzystnie odbić na ich jakości.

To bardzo niewiele, powinno ich być dwa razy więcej...
I kiedyś to właśnie był standard. Dziś producent mówi - „albo zrobisz zdjęcia do filmu w dwadzieścia pięć dni, bo na więcej nie mam pieniędzy, albo w ogóle”. Tymczasem choćby w Czechach nadal standardem jest czterdzieści a nawet pięćdziesiąt dni zdjęciowych. To, co jeszcze wyróżnia robienie filmów w Polsce, to brak zwyczaju skrupulatnej pracy nad scenariuszem. U nas na przykład producenci wciąż niechętnie zatrudniają script doctorów. A są oni bardzo pomocni, ponieważ scenarzysta, którym zwykle jest reżyser przyszłego filmu traci dystans do swojego tekstu. Za mało pracuje się nad scenariuszem i tzw. developmentem, czyli rozwojem projektu. A przecież praca nad scenariuszem, na papierze, jest dużo tańsza, niż dodatkowe dni zdjęciowe. U nas jeszcze zbyt często uważa się, że na planie będzie czas, by wszystko poprawić i „jakoś to będzie”.

rozmawiała Anna Kilian

© Audiowizualni.pl 2013

AddThis Social Bookmark Button
 
 
 
 
Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!