14.10.2013

Pozory mylą, czyli kruchość cyfrowej potęgi

Żyjemy w czasach, w których wszystko się digitalizuje. Muzykę, zdjęcia, książki i filmy. To nieunikniony proces rozwoju dającego nowe, fantastyczne możliwości kreacji. Dzięki cyfrowemu zapisowi obrazu i dźwięku, cyfrowej obróbce w postprodukcji i cyfrowej projekcji zyskujemy nowe możliwości. Możliwości nieograniczone niczym, poza naszą własną wyobraźnią. Użyjmy tej wyobraźni także do tego, by nie stracić bezpowrotnie efektów naszej pracy.

Zmierzch analogowych bogów

Cyfrowa rewolucja nadeszła nagle. I nagle – jak to rewolucja – zdetronizowała panujące technologie. Stary system zastąpiony został nowym, lepszym, szybszym, tańszym. Euforia ludu, triumf nowych władców, nowe podboje.

W ciągu kilku lat – najpierw proces postprodukcji, potem proces produkcji (rejestracji zdjęć), a na końcu proces dystrybucji – jak kolejne kolonie – zdobyte zostały przez cyfrowe imperium. Na tej fali, nie zastanawiając się zbytnio, rewolucja podłożyła ogień pod ostatni bastion analogowego świata. Pod archiwizację.

O ile przez lata szedłem na czele pochodu cyfrowej rewolucji, ze sztandarem z zer i jedynek, tak w ten ostatni podbój nowego imperium pójść nie zamierzam.

Dlaczego? Bo poznałem je od środka. Wiem jak jest potężne, jaką ma moc, jaką ma skalę, ale niestety wiem także, jak wielkie ma słabości. To co jest wielką zaletą cyfrowego imperium i jego rewolucji – czyli ciągły rozwój i zmiany, jest jednocześnie jego wielką słabością. Ale jeszcze większą jest nietrwałość, nienamacalność, brak analogowej fizyczności. Trzymamy w dłoni potężną bombę atomową, dzięki której zgładzimy każdego wroga na ziemi, ale niestety używając jej w globalnej skali pozbawimy szans na życie także samych siebie.

Nie wszystko złoto, co się świeci z góry

Bardzo trudno uświadomić sobie, że coś, co wygląda fantastycznie na ekranie 50 calowego telewizora LED Full HD (1920 x 1080), a nagrane jest na małej złocistej, plastikowej płytce BD, stanowi jedynie pozorną wartość i fałszywie uspakaja naszą czujność, że trzymamy swój film w dłoni. Stawiając ją dziś na półce, możemy być pewni, że za 10-15 lat ta płytka będzie tam dalej. Ale czy film na niej zarejestrowany będzie tam dalej – tego już tak pewni być nie możemy.

Dlaczego? Bo cyfrowe i magnetyczne technologie mniej lub bardziej doskonałe podlegają tym samym procesom fizycznej erozji, co Wasze stare nagrania na VHS-ach, płyty CD ze zdjęciami, psujące się twarde dyski komputerów. Mogę się założyć, że każdemu z czytelników osobiście lub wśród znajomych w pracy lub w rodzinie zdarzyła się choć raz sytuacja, w której stracił ważne dane, zdjęcia, maile. To samo może zdarzyć się z filmem – lub niestety już się zdarzyło – tylko o tym nie wiecie, bo nie było do tej pory konieczności sięgnąć po zarchiwizowane cyfrowo mastery.

Miałem w życiu okazję zetknąć się kilka razy z pionierskimi cyfrowymi wydarzeniami na kinematograficznym podwórku. Decydując się na pierwszy w Europie DI w 4K („Katyń” 2006), uruchamiając cyfrową dystrybucję VoD pierwszym filmem legalnie dystrybuowanym w Polsce („Oda do radości” 2006), czy tworząc internetowy serwis z filmami – Kinoplex.pl – i cyfrową edycję przeglądu filmów startujących w konkursie ORŁY 2012. Po siedmiu latach doświadczeń z cyfrową produkcją, postprodukcją i dystrybucją – mówię Wam szanowni Państwo, że dziś nie mamy dowodów na to, że cyfrowa archiwizacja jest lepsza i trwalsza od poczciwego wynalazku sprzed ponad 120 lat, szerokiego na 35mm z perforacją po obu bokach. Dlatego też nie dziwię się, że łatwiej mi dzisiaj sięgnąć do materiałów nagrywanych 40 lat temu przez mojego ojca z pierwszych lat mojego dzieciństwa, zarejestrowanych na taśmie światłoczułej, niż do archiwalnych magnetycznych nagrań z czasów szkoły filmowej, raptem sprzed 22 lat.

Z tych samych powodów nieosiągalne są dziś dla mnie pierwsze prace graficzne powstałe na Commodore 64 w 1985 roku, zapisane na cyfrowych dyskach o szerokości 5 i ¼ cala – a rysunki starsze o 10 lat leżą sobie spokojnie w szufladzie i cieszą oczy moich dzieci.

Niewidzialni wrogowie

Trzeba pamiętać, że cyfrowa technologia, oparta o zapisy magnetycznych dysków narażona jest dużo bardziej niż tradycyjna technologia analogowa na działanie warunków fizycznych. I nie chodzi tu o powódź czy pożar. Na to nie ma rady. Ale o wyładowania atmosferyczne, czyli burze. To cichy zabójca naszych magnetycznych danych. Drugim problemem są wymierające technologie odtwarzania. Sam nośnik to mało – potrzebny jest jeszcze jego odtwarzacz. Nie chcę nikogo straszyć, ale może się okazać, że przy kolejnej szansie sprzedania wyprodukowanego przez Was filmu do nowego kanału HD, możecie się zderzyć z problemem, że Waszego filmu na zarchiwizowanym dysku nie ma, bo dysk się rozmagnesował lub za kilkanaście lat okaże się, że nie ma już systemu, który jest w stanie z tego dysku informacje przeczytać (nawet jeśli one tam są). Pół biedy, jeśli film powstał na taśmie 35mm i zachowano negatyw. Wówczas zawsze można powtórzyć część procesu postprodukcji lub zrekonstruować film cyfrowo. Ale jeśli powstał na przełomie wieku w technologii HD? I nie ma negatywu? Być może zginął bezpowrotnie.

Bądź tu mądry i pisz wiersze

Jak temu zaradzić? Właściwie jasnej odpowiedzi na to pytanie nie ma. Ale coś trzeba zrobić, bo obecna sytuacja stwarza duże ryzyko utraty tego, co z czasem staje się częścią kultury narodowej. Powrotu do tradycyjnej rejestracji na taśmie 35mm już nie ma. Za chwilę nie będzie już młodych, wykształconych w tej technologii operatorów filmowych. Zatem filmy będą powstawać w technologii cyfrowej. Będą też cyfrowo dystrybuowane.

Na dziś najbardziej sensowną wydaje się być metoda zapisu gotowego mastera obrazu (DCDM – a nie DCP) i dźwięku filmu na taśmie 35mm, ale nie w procesie klasycznego DI z naświetlaniem mastera NO, ale w specjalnej technologii archiwizacyjnej, tańszej od naświetlania klasycznego o około 50%. Nawet jeśli koszt wykonania kopii archiwizacyjnej sięgnie 40 000 – 50 000 PLN, to i tak to mniejsza kwota niż koszty nadprogramowej migracji cyfrowych redundantnych kopii filmu. A pewność trwałości dużo większa, udowodniona stuletnim doświadczeniem.

Oczywiście jasnym jest, że analogowa archiwizacja optyczna jest rozwiązaniem, które nie wyklucza archiwizacji cyfrowej. Zatem nie jest „ZAMIAST”, ale jest „OPRÓCZ”. Być może do momentu, kiedy powstaną zautomatyzowane, duplikowalne, redundantne systemy archiwizacji cyfrowej, w której ciężar odpowiedzialności i kosztów poniesie Państwo, jako naturalny spadkobierca domeny publicznej dzieł, po upływie 70 lat od ich powstania. Do tego czasu i na tym etapie, na którym mogą i powinni moim zdaniem działać producenci filmów – konieczne jest zapewnienie pierwszej, trwałej wersji filmu, by po latach można by było z niej skorzystać.

Patos, etos i kompromis

Jesteśmy kreatorami specyficznej materii, która choć w dużej mierze jest prywatna, to wymyka się klasycznym definicjom własności. To co robimy w jakimś sensie należy do widzów, do społeczeństwa, stanowiąc na początku być może jedynie towar, ale po latach także element naszej narodowej tożsamości.

I chyba nie wolno nam nie dbać o to, w jakiej kondycji przetrwają nas i nasze firmy – filmy które produkujemy. Powinniśmy o to zadbać.

Kamil Przełęcki